Pierwszy dzień z wypiekami na twarzy chłonąłem wszystkie nowinki jakie tylko ujrzały światło dzienne dzięki przeróżnym wystawcom. Nie uchodziły mojej uwadze także wspomniane wyżej hostessy często prezentujące swoje wdzięki na tle nowiutkich sportowych samochodów...

Mówiąc wdzięki mam oczywiście na myśli nie tylko ładne buzie ale zwłaszcza długie nogi i jędrne tyłeczki ukryte pod spódniczkami, które w momencie pochylania się po np. upuszczoną kartkę ukazywały skrawek majteczek. Nie będę ukrywał, że taki widok zawsze działał na mnie jak płachta na byka i sprawiał, że nie byłem już w stanie myśleć głową do tego przeznaczoną. Konsekwencją tego był fakt iż zamiast fotografować eksponaty zacząłem pod takim właśnie pretekstem uwieczniać wspomniane wyżej widoki. Nie było to zadanie proste, gdyż pochylająca się w krótkiej spódniczce kobieta zazwyczaj zdaje sobie sprawę z tego, że baczny obserwator może ujrzeć coś, co niekoniecznie ujrzeć powinien. Robienie w takim momencie zdjęcia kończy się zazwyczaj (o ile zostanie to zauważone) rzuceniem groźnego spojrzenia w stronę fotografa. Mimo to nie mogłem się powstrzymać i cykałem. Tak minął dzień pierwszy. Pojechałem do hotelu, a tam... poszedłem spać.

Następnego dnia postanowiłem kontynuować dzieło uwieczniając hostessy na wciąż nowych wystawach. Nieźle mi szło, w końcu trening czyni mistrza.