„Manhattan” to zespół wieżowców w samym centrum Łodzi. Brutalistyczne, wielkopłytowe kolosy, z gierkowskiej dekady, patetycznie górują nad miastem. Odstraszają szarym, szorstkim betonem, przyciągają majestatem z minionej epoki i położeniem. Mimo upływu lat, nie znalazły godnej konkurencji. Zaparkowałem przy ulicy Wigury, dokładnie pośrodku osiedla. Byłem kilka minut za wcześnie i dla zabicia czasu wyszedłem na krótki spacer Piotrkowską. To był kiepski pomysł, bo na tym odcinku nigdy nic się nie działo. Tylko niepotrzebnie marzłem i niecierpliwie zerkałem na zegarek.

– Jestem już. – Zadzwoniłem dokładnie o czasie. – Gdzie mam się kierować? Laura podała mi numer bloku i mieszkania.

– Najwyższe piętro – dodała. Straciłem z dziesięć minut, zanim odnalazłem właściwy budynek. Było ciemno i słabo znałem te okolice. Gubiła mnie chaotyczna numeracja. Wykonałem kolejny telefon, aby nie myślała, że zrezygnowałem z wizyty.

– Trochę to trwało, ale jestem pod blokiem – powiedziałem.

– Nic się nie stało – stwierdziła. – Ledwo się wyrobiłam.

– Możesz mi podpowiedzieć, która klatka? – spytałem.