Obserwowałam ich ukradkiem, z duszą na ramieniu. Aga, w białej sukience, co chwilę wybuchała tym swoim drażniącym, szczekliwym śmiechem, który niejednego przyprawiał o dreszcz. Pan Śmietanka schylał się ku niej raz po raz i mówił coś półgłosem, a wtedy ona przeginała się w tył na wysokim barowym stołku i śmiała na cały głos. Wyglądali oboje na szczerze rozbawionych i zainteresowanych wyłącznie sobą. Po jakiejś pół godzinie Pan Śmietanka wziął Agę pod ramię i poszli razem na górę. Zrozumiałam, że mi się upiekło i odetchnęłam z ulgą.

Minęły kolejne cztery tygodnie. Można powiedzieć, że byłam w Klubie już starą wyjadaczką, a przynajmniej tak mi się wydawało. Znowu wypadł czwartek Pana Śmietanki i tym razem zgodnie z przewidywaniami Agi zostałam dostrzeżona. Pamiętam dość dobrze, jak się to odbyło: Aga jak zwykle w podskokach pobiegła, kiedy tylko Oscar się pojawił, ale po chwili rozmowy i jednym drinku, Pan Śmietanka odprawił ją i skinął na mnie. Usiadłam obok niego przy barze. Z bliska Oscar był po prostu eleganckim, dobrze odżywionym Niemcem w tzw. popołudniu życia. Siwe włosy nosił gładko zaczesane, odsłaniając dosyć jeszcze młodzieńczą, dobrze utrzymaną twarz. Uśmiechnął się do mnie, pokazując garnitur niezwykle białych i równych i z całą pewnością nie własnych zębów. Przedstawiłam się, on zamówił drinki. Muszę w tym miejscu wtrącić, że my, dziewczyny pracujące, piłyśmy specjalne drinki, za które dostawałyśmy wynagrodzenie. Były to niskoalkoholowe sikacze o horrendalnej cenie, od których miałyśmy procent. Więc piliśmy nasze drinki, Oscar coś tam zagadywał, ponieważ rozumiałam może co trzecie słowo, dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że on ze mną... świntuszy.